sobota ciąg dalszy…


Najpierw przesrany ranek, potem nijakie popołudnie, teraz przesrany wieczór. Chyba od rana udzielił mi się taki nastrój na dzień cały. Na dodatek całkowity brak akcji. Dawno się tak nie wynudziłem. Nawet zmyłem podłogi, nie jak zawsze – za karę, tylko z nudów kurwa. Niesamowite. Byłem tak wynudzony, że jeszcze trochę a Nowicki namówiłby mnie na wyjazd do Warszawy. A taki tam spontan. Resztki zdrowego rozsądku podpowiedziały mi jednak, żeby nie wyruszać w taką podróż o 20.00 i po jednym piwku. Trudno. Gadaś też coś kombinował ale skoro 20.00 nie odpowiadała, to 22.00, po dwóch piwach tym bardziej. Jedyne co mnie dziś dobrego spotkało to rajd maluchem po błotnistym lesie z Szajbą. I wycofuję wszystko, co kiedykolwiek złego powiedziałem na temat fiata 126p. Mój mesio nie wytrzymałby nawet 1/4 tej drogi. Dobra, bo za dużo dobrego powiem o dzisiejszej sobocie. Piwo mi się kończy…Fuck. Kolejna tragedia. Nawet nie pomyślałem o zabezpieczeniu lodówki. Co ja teraz zrobię…? Może sen przyjdzie? Chyba mi już urlopu potrzeba. Jeszcze tylko 105 dni.